słów kilka o ...
Podobno ma silny charakter i łatwo się nie poddaje...
Podobno jak każdy ma ciężkie dni....[!]
Podobno jest cholernie wrażliwa, łatwo ja zranić i zniechęcić...
Romantyczka..?
Łatwo ją dostrzec w tłumie, a czasem minac w ogóle nie zauważając...
Dla bliskich i przyjaciół jest w stanie zrobić prawie wszystko...
Ma swoje zdanie, zasady i zazwyczaj twardo się ich trzyma... Chociaż...{?}
Zwykle szybko poznaje się na ludziach, mimo to nikogo od razu nie skreśla...
Popełnia wiele błedów, rani i potrafi sprawić przykrość...
Ale kto ją dobrze zna, wie że ma dobre serduszko
Ufa tylko tym, którzy na to zasłużyli...
Lubi wiedzieć na czym stoi...
Zamyka się w pudełku marzeń, gdy jest jej źle...
Każda łza, która spłynęła po jej policzku czegoś ją nauczyła
Każda życiowa porażka ją wzmocniła...
Potrafi być wredna i złośliwa...
Buduje szczęscie z małych radości... Przynajmniej się stara....
Szanuje tych, którzy szanują ją i samych siebie.
Stara się niczego w życiu nie żałować, tylko czasami jej nie wychodzi...
Czasem zachowuje sie jak 'dorosła' kobieta, a czasem jak rozwydrzona, bezmyślna małolata...
Potrafi słuchać... Lubi rozmawiać...
[!]Nie zapominaj, że ONA jest tylko człowiekiem...[!]
środa, 29 lutego 2012
Bardzo poważne dywagacje na temat życia i Śmierci
poniedziałek, 30 stycznia 2012
REAKTYWACJA!
Od nowa, albo nie od nowa, tylko z nowymi doświadczeniami i z nowymi myślami. I może uda mi się powiedzieć coś nowego, who knows.
Mamy trochę inna rzeczywistość, podpisano ACTA, nie ma już MegaVideo, krajem rządzi Donald, kryzys się kończy, jest w trakcie, a może się dopiero zaczyna... jedni urodziny w tym roku już mieli, inni będą mieli a ja nie chce ich mieć :) za niecałe już cztery miesiące kolejny kryzys z powodu wieku.
O co chodzi z tymi urodzinami?! Nie wiem jak Wy, ale mnie zawsze przed urodzinami dopadają takie myśli, że to życie jest straszne. a moje to już całkiem się pochrzaniło wtedy jak się okazało że jestem chora. Bo gdyby nie diagnoza, to może wszystko wyglądałoby całkiem inaczej? Może skończyłabym studia na PWr i miała pracę w jakimś biurze projektowym, albo na jakiejś budowie, a może udałoby mi się znaleźć pracę przy EURO2010? a może byłabym za granicą? A może...
Ale nie jest. Zamiast tego pieprzę się z tym wszystkim, już niemalże regularnie jak rachunek za telefon przychodzi kolejny dołek a później znów jakimś cudem znajduję siłę do walki i jakoś się wygrzebuję z dołka, ale tylko po to by poczekać na 'epizod manii' a później jak w idealnej sinusoidzie...
Swoją drogą uwielbiam kolejne wizyty u lekarzy, medyczne określenia są takie ciekawe :) bo teraz na przykład nie mam już depresji. Teraz mam chorobę afektywną dwubiegunową trzeciego typu :) co lekarz, to dorzuca mi coraz fajniejsze rzeczy :) i co lekarz to zmiana leczenia i co ciekawsze za każdym razem to działa. Do czasu, gdy trzeba iść do następnego lekarza, bo za dobrze idzie mi okłamywanie obecnego lekarza.
To co jest dla mnie ciekawe i co racjonalnie teraz oceniam, to fakt, iż psychoterapia była zarazem najlepszą i najgorszą rzeczą jaka mi się przytrafiła. Najlepsza, to fakt że dowiedziałam się bardzo dużo, zrozumiałam, zaczęło to wszystko działać. Najgorsze i trochę przerażające, to to, że nauczyłam się chyba za dużo i beż większych problemów przychodzi mi manipulowanie, w pewnym stopniu, lekarzami i psychologami. No bo jeśli mogę z czegoś mieć korzyść i się nie narobić i nie męczyć, to czemu tego nie wykorzystać?
Ale nie o lekarzach dziś będzie. Niestety jestem tak bardzo rozleniwiona, że nawet nie oglądam i nie czytam żadnych wiadomości ze świata, chyba że coś się pojawia grubym drukiem u kogoś na fcb, więc nie odniosę się do stanu politycznego, gospodarczego czy jeszcze jakiegoś innego. Przykro mi.
Właściwie to co ja będę zawracać sobie głowę o czym pisać.
na dziś wystarczy.
Koniec.
;]
piątek, 23 lipca 2010
ekhm ekhm Dzień Dobry!
pisanie dla samego pisania, ale to moje pisanie i będę pisać, a co!
od czego zacząć to sama nie wiem. bo to wszystko jest takie popieprzone. choroba wróciła i to bardzo mocno dała o sobie znać i nie chce sobie pójść. najgorsze jest to, że leki, owszem działają, jednakże działają tylko tak, że dzięki nim jestem w stanie rano wstać i coś zrobić, to i tak całkiem sporo, ale teraz widzę bardzo dokładnie, że leki w niczym mi nie pomogą. Jest to tylko chwilowe rozwiązanie i to też nie najlepsze. najgorsze dla mnie jest to, że przez Nią ciągle brakuje mi wiary, że jakakolwiek zmiana ma sens, bo po co cokolwiek zmieniać, jeśli za jakiś czas znowu będzie dno i wszystko zepsuję, zniszczę? nie chcę i nie potrafię się w nic w pełni zaangażować, bo wiem, że nie jestem na tyle odpowiedzialna i konsekwentna by coś doprowadzić do końca, albo żeby przynajmniej dłużej się tym zajmować.Zniknęłam z i tak nędznego życia towarzyskiego, już zaprzestałam utrzymywania wszelkich kontaktów. w pewnym sensie boję się ludzi, starych znajomych, bo nie będę miała o czym z nimi rozmawiać, oni zawsze opowiadają, co im się przytrafiło, gdzie byli, z kim, bla bla bla. ja takich historii już nie mam, bo haha! nigdzie nie wychodzę! a nawet jeśli, to moje opowiastki wydają mi się nudne i głupie i zawszewidzę,że inni robią coś ciekawszego... kółko zamknięte. no dobra, żeby zamknąć, to jeszcze powiem dlaczego nie próbuję poznać nowych ludzi... bo się ich boję, że wyjdę na nudziarę, bo nie mam zainteresowań, bo nie robię właściwie nic ciekawego, mam kompleksy i brak mi pewności siebie. teraz to już zamknięte.
a to co jest w tym wszystkim naj naj najgorsze, to to, że jak byłam 'na haju' w dobrej formie, to wtedy tak bardzo żałowałam tych 2 lat, które mi zabrała choroba i wtedy nie rozumiełam jak mogłam być tak słaba, żeby się temu poddać. Teraz już doskonale pamiętam jak to jest budzić się z poczuciem beznadziei i tkwić w tym cały czas. bo nawet jak coś robię, to mam świadomość, że jest to bez sensu i nie ważne co zrobię to i tak to mnie nie wyleczy ani w żaden sposób mi nie pomoże. staram się jeszcze robić czasem jakieś 'szalone' rzeczy, ale tak na prawdę, to po to, że jak kiedyś, ktoś ze starych znajomych się odezwie, siądziemy w knajpie przy piwie, i powiemy już co u nas nowego, to że jak zacznie ten ktoś opowiadać swoje ciekawe historie, to ja też będę miała coś w zanadrzu.
ostatnie tygodnie są swego rodzaju przełomem dla mnie, bo choruję teraz bardzo świadomie. powiedzmy, że wiem, kiedy to choroba mną kieruje i cieszę się, że potrafię stawić temu czoła i robię jej na przekór, wiem, że to moja walka. wiem też, że wygrana bitwa nie oznacza wygranej wojny, ale zawsze jest to jakiś pozytywny moment w ciągu dnia, kiedy na przykład tak bardzo boję się coś zrobić, gdzieś wyjść, że trzęsą mi się ręce, serce wali jak oszalałe, żołądek mam skręcony i wręcz mi moje ciało mówi, że nie radzi sobie z najprostszymi rzeczami. mimo tego wszystkiego potrafię się postawić temu wszystkiemu, zrobić szybką analizę, zobaczyć, że jest to tylko błąd w głowie, bo przecież, to co mam zrobić nie jest takie straszne, bo jest to całkiem normalna rzecz i przecież robiłam to nie raz nie dwa i nie stanie mi się krzywda, ale za to mam świadomość, że jeśli tego nei zrobię, to będę miała kolejny świetny powód żeby powiedzieć sobie, jaka jestem beznadziejna. dziś wygrałam. conajmniej 2 razy :)
a jak już mówiłam o przełomie, to właśnie teraz jest tak, że próbuję coś robić mimo wszystko. mimo, że to nie ma sensu. może nie ma, ale chyba wolę rozczarować się później, niż wmawiać sobie, że to nie ma sensu, bo tak z góry zakładam. zaczynam raczkować w tej kwestii, ale to może być dobre.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
A może by tak...
No bo ogólnie to mi się nie chce.
I za bardzo nie mam o czym.
No bo co? Że sesję skończyłam szybko? Że wszystko zaliczyłam w pierwszych terminach? Przecież to nudne jest... Nawet mnie już znudziło;)
Spoko oko, lada dzień zaczynam nowy semestr, ale tu też będzie raczej nudno, bo krótki będzie to semestr.ja postaram się pomyśleć nad czymś ciekawym i wtedy może tu coś napiszę... hmm, to mogłoby być dobre:)
Już wiem o czym mogę napisać!!
Pominę fakt, że mam stos nie przeczytanych, fantastycznych książek, które zamierzam przeczytać. Mimo wszystko.
A ostatnio, po bardzo długim czasie udało mi się skończyć 'świat wg Clarksona' :)
Gorąco polecam wszystkim felietony Jeremiego Clarksona. Są zabawne, błyskotliwe, mądre. no przynajmniej czasami;)
Muszę przyznać, że w książce zaskoczył mnie ilością posiadanych informacji z różnych dziedzin i wiedzą. Może nie zawsze zgadzałam się z jego poglądami, ale to nie o to przecież chodzi, żeby zmieniać swój światopogląd czy idee. Książka na prawdę bardzo przyjemna i niezmiernie zabawna, przynajmniej dla mnie :) Dziewczyny w mojej pracy gdy usłyszały fragmenty, to też stwierdziły, że niezłe...
Teraz, jak już nie wiem co ze sobą zrobić w pracy, to chodzę do empiku i wynajduję kolejne książki, które zamierzam kupić i przeczytać jak najszybciej.
Pierwsza w kolejce jest 'dlaczego faceci kochają zołzy?'
jak przeczytam, to dam znać czy coś ciekawego napisali czy nie;)
czwartek, 24 grudnia 2009
świąteczny czas...
Są dla mnie przeżyciem traumatycznym.
Od wielu lat.
Nie czekam na nie, jak już są, to chcę by jak najszybciej minęły.
W tym roku w wielkim bólu odkryłam dlaczego tak się dzieje. Od kilkunastu lat kojarzyły mi się z przedstawieniem. Wszyscy zakładają jakieś dziwne stroje, których na dzień raczej by nie założyli, cieszą się, ale ja nie wiem z czego, składają sobie życzenia (po co? czy na dzień nie życzą sobie dobrze?), dzielą się opłatkiem, bo taka jest tradycja, śpiewają kolędy i każą śpiewać je pozostałym, niezależnie czy ktoś tego chce czy nie. po przeżyciu tego wszystkiego z reguły wystarcza jedno, dwa słowa, by rozpoczęła się kłótnia, bo wszyscy mają do siebie o coś pretensje, a przynajmniej ktoś ma je do mnie, że nie cieszę się, nie śpiewam i nie uśmiecham. Może nie zawsze pretensje mieli do mnie, czasem, z tego co pamiętam, starczało siły by się nie pokłócić. Dziś nie mogę narzekać. Najwięcej emocji było wczoraj wieczorem i dziś z rana, ale opłaciło się :) Nie było tego zmuszania się i innych, nie było przebierania, nie było udawania. Może nie było tak uroczyście, może nie było tak jak na reklamie Coca Coli.... ale było po ludzku. Prawdziwie. Bez udawanego przeżywania, dla mnie, ze zrozumieniem, albo przynajmniej bez próby udawania, że rozumiem coś, o czym nie mam pojęcia. Było pozytywnie. Może jeszcze kiedyś nauczę się przeżywać rodzinne uroczystości, może kiedyś przeżyję święta z całą tą dziwną otoczką, może zrozumiem i poczuję 'magię świąt'
Na dzień dzisiejszy jesteś bardzo szczęśliwa, że w tym roku, mimo wielu emocji, okazało się, że jest to do przejścia:)
wesołych dla wszystkich:)
środa, 16 grudnia 2009
nie puszczam się!
w sensie, że się nie puszczam, to też prawda.
Bo ja chciałam zapytać facetów...
jak się mówi wprost, że: 'nie prześpię się dziś z tobą' to jaka jest szansa, że do faceta to nie dociera? Bo ja widzę, że 100%. bo nie ważne ile razy to powiem, jemu się ciągle wydaje, że ja żartuję. I nie, nie mówię tego ze zdradliwym uśmieszkiem, mówię całkiem poważnie. Ale, co się okazuje, gdy do takiego delikwenta dociera w końcu, że tej nocy mnie nie przeleci? następuje obraza majestatu. No dobra, cierpi jego męskie ego. I to bardzo cierpi... Bo jak to być może, że jakaś małolata nie pójdzie z nim, zamożnym, dojrzałym, wpływowym facetem do łóżka??!!
No dobra, dla samego widoku z okna warto było zostać. Ciało też miał fantastyczne. a głos... na samo wspomnienie ciarki mi przechodzą, chociaż głos, to akurat był wyćwiczony, bo jak mówił dłużej, to brzmiał już inaczej ;)
Ciekawa jestem ile dziewczyn we Wrocławiu poleciało na to wszystko...
Czasem się zastanawiam, czemu ja nie popłynęłam jak większość z nich, czemu ja muszę mieć swoje zasady i się ich trzymać, a przynajmniej być złośliwą tak bardzo, żeby zawsze komuś zrobić na złość. Czasem osiągam szczyt szczytów i robię na złość samej sobie :D
Powiem szczerze, z jednej strony jestem z siebie bardzo zadowolona, bo to była ciężka sytuacja, w której okazało się, że miesiące pracy z Natalią przyniosły wymierne efekty, stawiam granice. I to jak zajebiście je stawiam! Z drugiej strony, trochę mi żal, że już nie będzie dzwonił, nawet o tych chorych porach, że nie dostanę smsa 'how is my k?' powiem Wam, że się przyzwyczaiłam do tego, lubiłam być k. i do tego, że słownik pol-ang jest koło mnie;P
I to był pierwszy facet, który oświadczył mi, ot tak, że ja będę jego... no dobra, zadziałało jak płachta na byka i moja złośliwość od razu się uruchomiła, ale jednak wzbudziło ciekawość, że a może...?
No nic to, pan belg, który wcale nie był belgiem, nie dostał tego czego chciał...
A tak ogólnie, to czy lubicie dostawać to czego chcecie? (pewnie tak, kto tego nie lubi... ;P )
Ale chciałam zapytać, co czujecie, gdy już to dostaniecie, jak się odnosicie do tej rzeczy?
Bo ja się przez jakiś czas cieszę, a za chwilę moja ekscytacja mija. Owszem, jeśli było ciężko i ciągle pod górkę, by to zdobyć, cieszę się chwilę dłużej, jednakże zawsze następuje ten moment, w którym ten wewnętrzny głosik mówi mi, 'no masz już to, i co teraz? będziesz się tym cieszyć jak dziecko? przecież to już jest twoje, trzeba iść do przodu, znajdź coś nowego, nieosiągalnego...'
ot taki samotny nastrój mi się włączył:(
dobrej nocy:)
i kolorowych snów
sobota, 12 grudnia 2009
haha!
Był, a w sumie, to nadal jest, długi, zaczął się o 5 rano.
Dziś był dzień zaliczeń, i niestety, nie kogoś, tylko przedmiotów.
Dla poprawy statystyk, powiem, że na możliwych 9 zaliczeń uzyskałam 6. Zgodnie z prawdą, powiem, że na 4 wpisy, które miałam dziś dostać, dostałam 3...
Pokonała mnie...
gimnastyka.
a wszystko mnie boli.
do stycznia muszę nauczyć się tak karkołomnych ćwiczeń, jak stanie na głowie, na rękach i skoku bocznego przez skrzynię... no niech będzie.
Ale ale!! powiem Wam, że zaliczyłam pływanie!! i nauczyłam się nurkować w 10 minut :D specjalne podziękowania dla kolegi, który mnie podtopił ;P jutro też jadę na basen:) skoro już nie muszę na niego chodzić, to pływanie będzie mi sprawiało teraz przyjemność:)
No i zaliczyłam turystykę, wprawdzie ocena mnie nie satysfakcjonuje, jednakże pan był szczerze zaskoczony, jak potrafiłam odpowiedzieć nie tylko nas swoje pytania, ale znałam właściwie całość materiału. Lubię szokować, nadal;)
Jedyne, czym się zawiodłam, to ocena z ekonomii... całe szczęście się nie uczyłam na nią, ale dziś nad ranem przygotowałam sobie ściągę, na której były pytania, które facet dał na egzaminie, i niestety ściąga i zrobione zadania, nie pozwoliły uzyskać mi oceny satysfakcjonującej mą ambicję... No niechaj będzie, pierwszy egzamin za mną i jest pozytywny.
Ogólnie rzecz biorąc, to jestem padnięta, wszystko mnie boli, na gimnastyce zrobiłam sobie coś z obojczykiem i mnie boli:/ jutro nie będę mogła się ruszać, bo znowu się dowiem o mięśniach na swoich ciele, które do tej pory NIGDY nie były używane. Jutro czeka mnie jeszcze podejście do jednego egzaminu, a przynajmniej powinnam podejść do tego egzaminu, bo w dniu, w którym powinnam go pisać mam być w pracy, ale nie wiem czy się nauczę, więc nie wiem czy będę próbować...
No to co, ja idę zrobić sobie kawę i się biorę za rekreację... w teorii.
Praktyka jutro:)